Nakład Kontrolowany
7000 egzemplarzy

Wojciech Kosowski

Janusz Jaremowicz

01 listopad, 2007

Wojciech Kosowski

Kto nie poznał Wojtka, ten dużo stracił. Jest to szczególny typ artysty. Nim został malarzem, chciał zostać aktorem, stało się inaczej. Prawdopodobnie stało się tak ze znaczną stratą. Bogdan Łazuka, który coś o tym umie powiedzieć, a który znał go wówczas, twierdzi, że Kosowski miał nieprzeciętne zdolności do tworzenia dowcipnych sytuacji, które mogły być kompensatą różnych naszych udręk. Ten talent nie przeminął z latami i Wojtek jest zapewne najlepszym aktorem wśród malarzy. Malarstwo na dobre opanowało jego życie w następstwie urzeczenia twórczością niewiele od niego starszego Tadeusza Dominika. Bez przesady można powiedzieć, że Kosowski nie tyle smakuje to malarstwo, ale wręcz je studiuje.

    Malowanie Kosowskiego to jakby dwie różne sprawy, które dzieją się według innych zasad i dla innego celu. Jedną sprawą jest służenie ludziom według potrzeb. Drugą poszukiwanie wyrazu dla siebie. To służenie ludziom prowadzi do osobliwych sytuacji i raczej niezwykłych rezultatów. Artysta nie realizuje tu własnych ambicji, można by powiedzieć, że nie obstaje nawet przy śrubowaniu poziomu. Chętnie podejmuje się pracy na zamówienie określonego odbiorcy, z którym jest w kontakcie. O ile nie narzuca mu swojego rygoru artystycznego, o tyle w innych kwestiach nie ulega każdemu życzeniu klienta. Traktując obraz jako środek oddziaływania psychologicznego, przymierza go do człowieka trochę jak lekarz, trochę jak pedagog. W tym działaniu posługuje się często pejzażem. Trzeba tu zauważyć, że Kosowski niezwykle przyciąga taki typ ludzi, których potrzebom związanym ze sztuką jego postawa odpowiada. Stąd ma zdumiewająco szeroką klientelę, wywodzącą się z różnych krajów, klientelę, o którą wcale nie zabiega, i która nie wiadomo jak do niego trafia. Kiedy pewien tokijczyk poprosił go o namalowanie pejzażu tokijskiego, Kosowski odmówił, mówiąc, że nie przyłoży ręki do zamykania się człowieka w jego powszedniości. Zaproponował Japończykowi, że mu namaluje gwiazdy nad zatoką San Francisco. Kosowski nie atakuje takiego odbiorcy konwencją, sposobem malowania, chce go jednak poruszyć, zachowuje się więc jak lekarz czy po prostu przyjaciel, który mówi: zajmij się czymś nowym, wyjedź gdzieś, przemyj sobie oczy. Ta koncepcja Wojtka okazała się w pewnym kręgu osób dość chwytliwa i opierając się na tym szczególnym sposobie spożytkowania przede wszystkim pejzażu, malarz zawiązał „Grupę Europa”. Grupa ta wraz z całą swoją klientelą to już mała Polska.
    Przychodzi kolej by powiedzieć o malowaniu Wojciecha Kosowskiego, które jest najściślej wyrażaniem siebie. Zanim do tego przejdę, muszę jeszcze wspomnieć o trwających do dzisiaj skutkach fascynacji malarstwem Tadeusza Dominika. Istnieje w przeżyciach, w praktyce artystycznej Kosowskiego odrębna strefa związana z tamtą sztuką. Można by powiedzieć, że Wojtek uprawia na własny użytek, wciąż od nowa, coś w rodzaju jej wiwisekcji. Jest to czymś tak poważnym, że stać go by porzucić swoje interesy czy inne plany i zająć się znów Dominikiem. Nasuwa się tu analogia z de Chirico, który porzuca własne malowanie, aby wgłębiać się w mistrzów. Jak to bywa z analogiami, nie wszystko tu podobne, a Kosowski uprawia także sztukę własną. O niej więc teraz garść uwag.
    Wojciech Kosowski pokazuje się bardzo rzadko. Można  by sądzić, że artystą kieruje skromność lub nieśmiałość. Nie wypadałoby nawet odnotowywać tych domysłów, gdyby w jego dziele, w wizji świata, jaką tworzy, nie przejawiały się jakieś podobne postawy. Nie tylko wtedy, gdy jakiś artysta skłania się do estetyzmu czy dekoracyjności, naturalny jego charakter działań prowadzi go do odsłaniania w świecie tego, co cieszy oko, urody. Z Kosowskim jest chyba całkiem inaczej. I on afirmuje, odnajduje piękno, nie robi jednak tego z ostentacją. Jakby mu to trudno przychodziło. Świat w jego obrazach jest przede wszystkim poważny, potem dopiero czymś rozświetlony. Kosowski rozumie wartości fakturalne obrazu, jego własną materię. Umie się też tym posługiwać. Powietrze ma tu materialność ziemi. Farba zostawia nie tylko swoją grubość, miewa także pewną włóknistość. Artysta jest malarzem natury, kwiatów nie atelierowo ujętych krajobrazów. Jest to przedstawiane z umiłowaniem, przy kontakcie psychicznym, z pewnym upsychicznieniem wręcz natury. Malowanie Kosowskiego nie zmierza jednak do tego, by zwiększyć lekkość przedmiotów. Smakując ich piękno, odtrąca ładność. Światło rozświetla, ale nie pochłania materii, która zachowuje swój ciężar. Jest w tym wszystkim jakaś niepowszednia dyskrecja. Artysta nie gasi naturalnych blasków, ale też nie roznieca ich, szanując bardziej istnienie własne światła, niż to, co sztuka może zdziałać w jego obrazie. Artysta nie robi programu ze swojej postawy. A można tu przecież odnaleźć wyraz głębokich poglądów, które bywały wypowiadane w sztuce, dziś jednak nabierają nowego, oryginalnego znaczenia, będąc czymś dosyć odosobnionym. Kosowski nie rezygnuje wcale z tego, by ukazywać w świecie porywającą niezwykłość, przy czym przekonuje nas, że ta możliwość zawiera się w nim samym, właśnie w swym świecie. Malarstwo to jest w jakimś sensie skromne i to tak bardzo, że współczesny zgiełk chyba mu nie służy.
    Te tak różne strefy działania Kosowskiego spaja w całość osoba samego artysty. Szczególny charakter aktywności tłumaczy się być może osobliwością człowieka. Wojtek stanowi figurę zarysowaną i umie integrować wokół siebie swoje środowisko.
    Oczywiście to, co tu piszę, nie jest żadną charakterystyką, ot parę obserwacji. Na innej już zasadzie, całkowicie pewny, że dotykam cechy głębokiej u Wojtka, dodać chciałem na koniec, iż jest to uderzająco dobry człowiek.

Tekst pochodzi z 1989 r.

Wojciech Stanisław Kosowski (1933-1999) studiował na Wydziale Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie w pracowni prof. Aleksandra Kobzdeja, gdzie obronił dyplom w 1963 r. Syn artysty, Włodzimierz Kosowski kultywuje rodzinne tradycje, skończył Wydział Konserwacji Malarstwa Sztalugowego w Akademii im. I.J. Riepina w Sankt Petersburgu dyplomem w 1992 r.


Wasze opinie

kiczor@poczta.onet.pl, 05-10-09 19:30:
O Wojtku można nieskończenie. Mam przyjemność że znałem go osobiście, był czas, że mieszkaliśmy razem, a syna Idziego, bywało odbierałem ze szkoły, często w zastępstwie Wojtka. Na głównej ścianie biblioteki, wisi jego obraz "Szmaragdy".

Skomentuj artykuł





* pole wymagane